Żałoba

sm_MG_9609

Dziś żałobne szaty Wilhelminy Hoger pokryły się podwójnym kirem. Pochowała oto ostatnią osobę, która łączyła ją z dawnym życiem, tamtym życiem młodej dziewczyny, która śpiewała przy pracy i stroiła się na zabawę w sobotnie wieczory, nim znalazła ojca zapitego na śmierć, nim przejęła szynk, nim porodziła i wypuściła w świat dzieci.
Michael Eckermann. Sprytny księgowy, zacny obywatel, bogobojny chrześcijanin, ojciec pięciorga dzieci, które – rach-ciach, jedno po drugim – zrobił swej brzydkiej i głupiej żonie Gretchen. Człowiek, który więcej niż ktokolwiek i kiedykolwiek znaczył w jej życiu. Towarzysz jej dziecięcych zabaw od czasu, gdy w wieku lat pięciu robił jej nos na podwórzu, a ona odpłaciła mu tym samym. Jej przyjaciel i powiernik jej wszystkich myśli.
Tak, pisywali do siebie. Ona na adres jego biura rachunkowego, on zaś przesyłał raz w tygodniu na adres „Unter dem Hirsch” wąską kopertę z adnotacją „Rechnungen” albo „Steuerbelastung”. Tak opisane koperty wciąż przychodziły na adres szynku i były nieodłącznie związane z obciążeniem, z lękiem, za co teraz trzeba zapłacić i na ogół Wilhelmina marszczyła brwi odbierając pocztę, choć gdy znajdowała wśród listów ten od Michaela…musiała przesadnie głośno narzekać, by nikt nie odkrył prawdy. A prawda była taka, że był z nią związany węzłem silniejszym niż małżeński – poczuciem winy. Michael nigdy jej się nie oświadczył, ożenił się z Gretchen nim Wilhelmina przejęła szynk po swym ojcu i wyszła, z brak laku, za tego żałosnego, przegranego człowieczka, Ottona Hogera. Nigdy się nie oświadczył…choć obiecał jej ślub tego ciepłego wieczoru przed wielu laty, w wilię Świętego Jana, gdy młodzież dokazywała bardziej niż zazwyczaj, rozochocona obietnicami nocy świętojańskiej i pogańskimi tradycjami, na które Kościół nałożył tylko chrześcijańską otoczkę niezdolną do ukrycia tego, co tak bujnie rozkwitało wśród młodych w czasie tych figli i zabaw. Nigdy tej obietnicy nie spełnił, choć oczywiste było, że nawet pierwszego syna Wilhelminy, Michaela, nie spłodził Otto, który z trudem dotarł do ołtarza w dniu własnego ślubu….
Początkowo listy, które słała Wilhelmina do Michaela, pełne były wyrzutów, oczekiwań i pretensji, a nawet gróźb. Z czasem złagodniała, znajdując w Eckermannie przyjaciela i powiernika, zawsze gotowego, by ją wysłuchać. Pisząc, stali się sobie bliżsi niż mąż i żona. Znali swoje marzenia i myśli. Ona zawierzała mu problemy finansowe szynku, on jej drobne kłopoty zdrowotne swojej żony, natury dość intymnej. On zalecał: weź pożyczkę u Buchmanna, ona radziła: poleć żonie ziele dzikiego kopru… Tak upływały im lata, spokojne i czułe, wyzute z codziennych rozczarowań i pretensji, jakimi w naturalny sposób życie obdarza śpiące w jednym łóżku pary.
Pewnego poniedziałku…list… nie przyszedł. Nie przyszedł i w następne dni… A potem ktoś w szynku powiedział: ten biedy Eckermann… i Wilhelmina, której serce zakołatało jakby znów miała 17 lat zrozumiała, że życie odbierze jej Michaela i spokojne linijki jego listów, tak jak odebrało jej wszystko inne.
Dziś poszła na jego pogrzeb. Nie płakała, nie dlatego, że nie wypadało (prawo lamentu przysługuje tylko prawowitej małżonce, która – co trzeba przyznać – mało skutecznie maskowała na twarzy ulgę). Nie płakała, bo nie umiała płakać. Ze śmiercią tego człowieka wyschła studnia jej łez, a wraz z jego odejściem na zawsze zamarzło serce Wilhelminy i nawet kieliszek absyntu nie pomógł, by znów się ogrzało.

[msz],[ah]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *