Absynth

sm_MG_9608

Kiedy – jak Wilhelmina Hoger – prowadzi się wyszynk, czasu na to, by w spokoju napić się jednego ze stojących na barze trunków jest zawsze za mało. Można ukradkiem wychylić łyk czegoś mocniejszego by się wzmocnić po wyjątkowo trudnym dniu lub upić łyk piwa w dzień wyjątkowo gorący, ale na to, by delektować się smakiem schłodzonego trunku … trzeba szczególnie zasłużyć. Dla Wilhelminy dniem takim był zawsze Wielki Piątek. Szynk „Unter dem Hirsch” był wówczas zamknięty, wszyscy w Oberstetten w tym dniu bowiem przeżywali bądź to mękę Chrystusa w pobliskim kościele, bądź to mękę trzeźwości we własnych domach. Dla Wilhelminy ten dzień był jednak prywatnym rajem. Nie sprzątając, czym narażała się na obmowę sąsiadek, siedziała tego dnia w półcieniu szynkwasu, przy piecu, albo też – jeśli Wielkanoc wypadła w kwietniu, gdy na dworze już ciepło – na tylnej werandzie ocienionej przez winorośl wypuszczającą już pierwsze liście, a na stoliczku obok stawiała butelkę absyntu – zawsze od „Domácí A Zahraniční Obchod Z. Havlik” i sączyła go aż do wieczora. Pierwszą szklaneczkę wypijała zawsze rozcieńczoną lodowatą wodą, od której absynt stawał się mętny i zmieniał kolor ze szmaragdowego na miętowy. Trunek pozostawiał na języku smak goryczy, od piołunu, ohydny, gorzki smak, który – jak sobie tłumaczyła – był tym samym smakiem, który czuł Chrystus konający, gdy mu gąbkę tak nasączoną podano. Tym sposobem uznawała za rozliczone swoje obowiązki względem Boga w tym szczególnym dniu. Kolejne szklaneczki wypijała więc już na słodko, przelewając zimną wodę przez cukier na łyżeczce, której słodkie krople osładzały absynt. Była to chyba jedyna osłoda jej surowego życia, a gorzki posmak, który alkohol pozostawiał na języku, łączył się z goryczą jej wspomnień. Pijąc kolejne kieliszki myślała najpierw o matce, której nie pamiętała, a potem o Wilhelmie Pfeifferze, ojcu, po którym odziedziczyła imię, a potem i szynk, gdy znalazła go pewnego dnia rano, martwego, za szynkwasem. Potem o Ottonie Hogerze, swym mężu, wdowcu i weteranie wojennym, którego równie prędko jak poślubiła, by samotnie nie prowadzić wyszynku, pochowała na miejscowym cmentarzu tocząc jeszcze wojnę o zachowanie majątku z jego dziećmi po Marianne Krutzbach. Obroniwszy co swoje, prowadziła szynk jak umiała, stojąc za barem po szesnaście godzin, pokrzykując na podkuchenną, z czasem rządząc coraz twardszą ręką w tym małym królestwie, z dziesięciu złożonym ław i pięciu stołów, przy którym codziennie hojnie rozdawała napitek i jadło potrzebującym, ale nigdy na borg, nauczywszy się wypychać za drzwi silnorękich, którzy szukali zwady i tych, którym już wódka sklejała powieki. Jej dzieci, równie przypadkowe co ich ojcowie, rozpierzchły się po świecie i pijąc w Wielki Piątek, wznosiła toasty za ich zdrowie, wzywając je po kolei po imieniu, nawet nie wiedząc, czy żyją jeszcze, poczynając od pierworodnego: za twoje zdrowie, Michael, za wasze: Heike i Uschi, i twoje, Hänschen…. Tylko tego jednego dnia w roku pozwalała sobie na wspomnienia, na przywołanie pamięci tych, którzy odeszli. Gorycz absyntu zalewała jej serce, a słodycz cukrowego syropu łagodziła wspomnienia pozwalając jej zasnąć – ten jeden raz w roku – nie ze zmęczenia, ale ukołysaną absyntem i wspomnieniami, które ulatywały w sobotni poranek, gdy z pękającą od bólu głową stawała za barem czekając na pierwszych, spragnionych gości wiedząc, że kto żyw, zechce się schłodzić kuflem piwa po wczorajszych torturach trzeźwości.

 

[msz],[ah]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *