Anna

sm_1910-1

Wnuczka Karola Arwienieckiego, Anna odziedziczyła po dziadku nie tylko studio i umiejętności , ale i zmysł obserwacji, pozwalający jej wydobyć z fotografowanych postaci jakąś prawdę o ludziach, bardziej uniwersalną, niż by się wdawało pozującemu, albo bardziej indywidualną, niż się jej samej zdawało, gdy sadzała modela do zdjęcia. Fotografowała od zawsze, kręcąc się pod nogami dziadka, a zapach chemikaliów, których używał w swym studio, był naturalnym towarzyszem jej samotnych zabaw. Nie znała swej matki, podobnie jak ona nie znała swojej, ponoć legendarnej kurtyzany, która powiła ją wbrew woli i planom, w ósmym miesiącu ciąży i uciekła zostawiając dzieciątko staremu Arewienieckiemu. Arewieniecki wychował Marię jak córkę, a potem wychował i wnuczkę, którą mu, powitą w ósmym miesiącu, słabą i chorowitą Maria podrzuciła wyjeżdżając za wielką wodę na zawsze. Słaba to była opieka, bo stary Arawieniecki miał już lat bez mała sześćdziesiąt, ale zawsze, a Anna innego świata nie znała i nie wiedziała, jak ubogie jest ich gospodarstwo. Za to zakład był wyposażony bajecznie, bo Karol inwestował wciąż w nowy sprzęt nigdy nie pozostając w tyle za nowinkami. Nauczył jednak Annę dobrze swego rzemiosła, bo umiała, co było zdolnością najwyższej próby, przenieść odbitkę ze szkła na papier i mimo, że najczęściej zdejmowała odbitki już z błony a nie ze szklanej tafli, jak to czynił dziadek naświetlając światłoczułe sole srebra, to czasem bawiła się starą techniką, której odory przywoływały jej na myśl wspomnienie o dziadku. Zmarł niedawno, ale przed śmiercią powiedział jej o babce, zwanej madame le Gray i o jej tanecznych wyczynach i niestabilnym charakterze i o tym, jak Anna jest do niej podobna. Przeraziło ją to. Uwielbiała fotografować dzieci na kolanach matek albo w saneczkach, urocze zaróżowione buźki chłopięce czy spowite w organdyny bledziutkie twarzyczki dziewcząt. Zaskakiwała ją czułość, jaką w niej wzbudzają dziecięce oblicza i nie rozumiała, jak jej babka mogła porzucić swoją córkę i na ile ten fakt uczynił łatwiejszym odejście Marii, ale postanowiła, że nigdy nie wyjdzie za maż i że sama dzieci mieć nie będzie po to właśnie, by zrzucić klątwę tego podobieństwa i nigdy nie odczuć pokusy porzucenia, jaką widać mają wszystkie kobiety urodzone w ósmym miesiącu ciąży, wypchnięte na ten świat siłą niemalże, tak bardzo niechciane przez własną matkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *