Flora Needham

sm_mg_9713
Flora Needham czuła ciepło mężowskich palców na swojej dłoni na długo po tym, jak wszyscy poszli na tę straszną wojnę, której nie rozumiała i która przejmowała ją strachem. Od wiosny cała Wirginia żyła oczekiwaniem na decyzję władz stanowych o wystąpieniu z Unii. Czuło się ten niezdrowy rodzaj ekscytacji na ulicach, nerwowość bankierów i zachłanność kucharek peklujących mięsa. Każde towarzyskie spotkanie przypominało festyn a każda rozmowa w salonie w końcu i tak schodziła na temat wojny, która trwać miała trzy miesiące, nim konfederaci pokonają jankesów. Co jest takiego w mężczyznach – zżymała się w myślach Flora – że wojna kusi ich jak młoda kochanka, że dla niej porzucają ciepło domowego ogniska, zostawiają swe żony i swoje domostwa? Serce jej drżało na myśl, że jako pierwszy zaciągnie się jej syn – Matthew, chłopak odważny i szalony jak jego dziadek i prawdziwy marzyciel, jak jego oderwany od rzeczywistości ojciec. To na Florze, wiernej swemu botanicznemu imieniu i z natury przywiązanej do ziemi, spoczywała codzienna troska o ich majątek, prowadzony z pomocą pana Kinga, wiernego rządcy, który zresztą dostał powołanie już w 1862 roku zostawiając ją w tym wypełnionym kobietami domu pozbawionym służby. Od pierwszych dni wojny Flora liczyła jeszcze na pomoc ze strony kuzyna, Theodora Stanhope, sędziego pokoju w hrabstwie Shenendoah z nadzieją, że jego wiek i pozycja społeczna pozwolą mu uniknąć powołania. Tymczasem kuzyn zaciągnął się na ochotnika w pierwszych dniach tego pamiętnego kwietnia, kiedy jabłonie stały całe w kwiatach, a Flora już z lękiem myślała nad tym, kto jesienią będzie zrywał jabłka, jeśli jej mąż i syn nie wrócą. Myśli Flory, jednako zatroskane, skupiały się nad losem sadów, jak i nad losem najbliższych. Na szczęście wszyscy trzej byli w jednym regimencie i Flora żywiła nadzieję, że będą czuwać nad sobą nawzajem, a zwłaszcza nad Matthew. Syn jednak wyśmiał jej obawy i nawiązując do wieku Stanhope’a obiecał, że to on będzie opiekował się wujaszkiem Teddy’em, gdyby ten zmęczył się, nim piechota dojdzie na pozycje. Prawie tak samo Flora lękała się o męża, człowieka spokojnego i cichego, który raz tylko przepraszająco ucałował jej dłoń przed wyjazdem i nic mu nie rzekła, roztropna mądrością wszystkich kobiet, które przed nią żegnały swych bliskich. Serce jej się ścisnęło, gdy wyruszyli w drogę i powierzyła wszystkich trzech opiece boskiej. Nie wiedziała jednak, że Bóg opuścił już konfederatów, a upały i choroby zabiją prawie tylu, co gwintowane karabiny z Harpers Ferry i pełna wiary śpiewała psalmy w kościele baptystów co niedziela modląc się, by jej mężczyźni szczęśliwie wrócili do domu.
[msz],[ah]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *