
Po wielkiej wojnie, której okrucieństwa nadal niosły się swoim echem i płaczem sierot ubogich i żon, które swoich mężów mogił, rozsianych po polach nad Sommą, Verdun czy niesławnym Ypres, gdzie gaz okrutny, zgniły a zielony, wchodząc do nosów, oczów i do wnętrza żołnierza, od środka palił go żywym, jakby piekielnym ogniem, nigdy na oczów swoich zobaczyć nie będą mogły, życie powoli starało się powrócić na mniej lub bardziej normalne tory. Jak wszystko co przeżyć wielką zawieruchę zdołało, chciało zapomnieć o ranach, pamiętając jednak swoje bohatery. W tym właśnie czasie, co mimo echów wojny, normalniejszym się zdawał, kraśnicki rynek, a wraz z nim odchodząca od niego ulica Kościuszki, tego samego, co ratować kraj chciał przed trzecim zaborem, wzniecając powstanie, które krwawo stłumione przez zaborców, zabrało nam resztki wolności na sto dwadzieścia ponad roków, były dla Kraśnika najbarwniejszym a najpiękniejszym kwartałem miasta. Mnogo tu było nastawianych budynków i budowli najznamienitszych a najwspanialszych, zdobnych w sztukaterii kamiennej elementy, a wykwintne maswerki z kunsztem kamieniarskich mistrzów rzemiosła wzniesionych, pod majstra Jana Chmielowca zarządem a staraniem, spoglądały na przechodniów, w stronę Kościoła Parafialnego Najświętszej Maryi Panny spacery czyniących. Świątynia ta, która jeszcze w końcu ciemnych wieków średnich, tych co nam królów potężnych na świat wydały, takich jak Bolek Krzywousty, któren na psim polu, całe niemal rycerstwo cesarskie do zguby doprowadził, oraz Jagiełło, co potęgę Zakonu Szpitalników i jego jarzmo ucisku pod Grunwaldem obrócił w perzynę, wzniesiona przez rzemieślników z okolicy ale i tych z dalszych części świata, specjalnie na tę okoliczność sprowadzonych. Wnętrza bogate a strojne. Ołtarze i stalle z drzewa różnego rodzaju, to ciemne, to jasne, rzeźbione misternie w snycerskich warsztatach i pracowniach, a rzeźby świętych postaci, tak pięknie zrobione zostały, że odnieść można było pozór, jakoby z jedwabiu, nie drewnien, utkane były ich suknie i szaty. Sklepienia, z których złote żyrandole z setkami świec z wesołymi płomieniami na woskowych głowach zwieszały się leniwie, dając blask tajemniczy a pobożny, podparte żebrami z kamienia, połączone u szczytów zwornikami a zamkami były. Herby Pilawa, Topór, Strzemię, czy Korczak pewną kamieniarza ręką wykute w kamieniu, klucze i zworniki sklepień zdobiły.
To tutaj, latem, dnia wesołego, roku pańskiego 1924, wspaniały orszak weselny Anny z domu Pełczyńskiej i pułkownika Smyczkowskiego z białych koni i powozu złożon, wszelkim możliwym kwiatem a pachnącą roślinnością przybrany, zajechał na długo wyczekiwane a dawno zapowiedziane zaślubiny. Do portalu świątyni nowożeńców prowadził ksiądz, przechodząc pod skrzyżowanymi, trzymanymi nad głowami przez innych kawalerzystów ułańskimi szablami, co święcąc się od blasku słońca, jakby tunel do nowej przyszłości dla młodej pary tworzyły. Pełen ceremoniał wojskowego święta miał się tu odbyć. Kazimierz w mundurze galowym, a przyszła jego żona w najnowszej sukni, zgodną z obowiązująca modą. Gapiów tłum był wziął przybył, by ten bogaty a strojny i pełen splendoru spektakl zobaczyć. Nieczęsto się wszak to dzieje, że ułan ślub bierze, bo jak mawiał z radością i przekąsem w głosie, pierwszy ułan Rzeczypospolitej, generał Wieniawa-Długoszowski, „ułan powinien flirtować jak najczęściej, a żenić się jak najrzadziej, a nade wszystko jak najpóźniej”.
[msz]
[zdjęcie i historia inspirowane prawdziwymi zdarzeniami]
Dziękujemy Retro Dziewczyny Lublin za pomoc kostiumową i modelingową.
