Atelier

Staromiejski bruk z kocich łbów odbijał w swojej łysinie wszystkie światła tych pięknych, ręcznie odlewanych i kutych latarni, które to nowomodnie, gazem jakimś, co się jasno palić umiał, oświetlały cały rynek, jego boczne uliczki i ich okolice. Spacerem wolnym idąc, tam obok Trybunału z legendy o Czarciej Łapie sławnym, skręcając zaraz w prawą uliczkę ku wieży bramnej, do kamienicy z poddaszem szkłem oprawionym od góry i od strony co północnej gwiazdy wypatruje dojść było można. Nad wejściem znak cichy a przedziwny, wykuty w żelazie i oprawiony w postarzały modrzew wisiał. Nie był to wszakże zwykły szyld handlarza co towary na wagę waży, to brama do innego świata była, świata, gdzie czas roli żadnej nie odgrywał, a szklane oko kamery ciemnej umiało zdjąć najskrytsze obrazy z natury, plotąc opowieści o świetle, co ludzkie ciało rzeźbi i w zakamarki duszy zagląda.
Tam Alicja, zakochana w intymności i zmysłowości ludzkiego ciała, zarzuciwszy niemal w całości dotychczas czynione zdejmowanie portretów z miejskiej klienteli, zaczęła chwytać to, co zakryte przed oczami dni codziennych. Operowała światłem z czułością, jakby malarz pędzlem je nakładał, pozwalając mu ślizgać się po aksamitnej skórze, fałdach jedwabnych koszul i liniach ramion skrytych w półcieniu. Każda przygotowana przez nią szklana płyta stawała się powiernicą tajemnic, intymnym pejzażem kobiecego piękna, przesiąkniętym melancholią i wysmakowaną elegancją, pięknem wolnym od gorsetów i hipokryzji.

[msz]

Jeśli podoba Ci się co robimy, możesz postawić nam wirtualną kawę :)

Postaw kawę dla czarnobialykwadrat! na buycoffee.to

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *