Urszula

sm_MG_6393

„Niechaj dłoń moja zimnym wody strumieniem zroszona ugasi spieczonego czoła pożar gorejący bym cię znów mogła ujrzeć, zrozpaczona że nasze spotkanie za krótkie, jak wieczór mdlejący…” Słowa te kołatały się w głowie  Urszuli Debojerskiej, gdy czyniła poranną toaletę. Nie mogła przestać myśleć o panu Wojciechu Dydenheimie, którego znała przecież od dziecka, gdyż wychowali się razem na jednym podwórzu kamienicy przy ulicy Niepotulnej, a który to Wojciech po ukończeniu szkół Ojców Pijarów wyjechał był z miasta, rzekomo pobierać dalsze nauki na francuskiej Sorbonie. Pan Ignacy Dydenheim, zacny mieszczanin mający znaczne kontakty handlowe nie tylko w kraju nadreńskim, ale i nadussuryjskim, bywał czasem gościem w domu Państwa Debojerskich. Od niego też wiadomym było, że w jaki miesiąc po wyjeździe Wojciecha do Francji przyszedł list od tegoż, w którym oprócz zachwytów nad krajami zachodu, tęsknotę za przygodą inną niż ksiąg wertowanie wyczuć było można. I stało się, że raz, dwa razy do roku w latach następnych listy z krajów odległych Wojciech przesyłał, a których nazw niekiedy nawet trudno było spamiętać. I tak minęło lat 7. Aż tu wczoraj popołudniem, gdy Urszula wybierała się na spacer i do cukierni Bregosjana (nie dbając o to, czy samej jej iść tam wypada), w bramie drogę zagrodził jej rosły mężczyzna, którego zrazu dla smagłego lica i bujnej brody nie rozpoznała, ale blask figlarnych zielonych oczu pozostał przecie ten sam… Wojciech. W ten oto sposób obawy matki panny Urszuli, że nie uchodzi młodej damie samej bywać i na spacerze, i w cukierni, spełzły na niczym, gdyż młody pan Dydenheim czas swój prawie cały pannie Urszuli poświęcił i nie zanosiło się wcale, by dla kogoś innego miał go mieć jeszcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *